Kurier Marecki

Kurier Marecki
05-260 Marki, ul. Jutrzenki 2,
727 517 725, mikolaj@marki.net.pl

Wspomnienie Zbrodni na Kruczku

Zbrodnia na „Kruczku” – relacja Wandy Jendrysiak z domu Kostrzewa ur. 1932 r., zam. w Markach – Pustelniku. W wydaniu papierowym musieliśmy rozmowę podzielić na dwie części i wydrukować w dwóch kolejnych numerach. Teraz prezentujemy całość.

Pani Wando, czy opowie Pani czytelnikom Kuriera Mareckiego o tamtym zdarzeniu?

Zaczęło się to wszystko w niedzielę 30 lipca między godziną 10 a 11 rano strzelaniną na krzyżówkach w Strudze. Pojawił się tu ruski czołg, nastrzelał do samochodów niemieckich, narobił szumu i odjechał. Rozwalił parę samochodów niemieckich – to były takie ciężarówki, które przewoziły prowiant i zaopatrzenie dla niemieckiej jednostki wojskowej stacjonującej w Nieporęcie. W jednej z ciężarówek widziałam poparzonego żołnierza niemieckiego. Myśmy tego żołnierza opatrzyli i on poszedł w kierunku Zielonki. Jak ludzie zobaczyli, że wkraczają ruskie czołgi i strzelają do samochodów niemieckich to zaczęli krzyczeć, że zaczęło się powstanie. Jak powstanie to powstanie i zrobili powstanie. Zaczęli zabierać to co było na tych niemieckich samochodach, a były to m.in. papierosy, smalec, masło, cukier, mydło.

Tylko i wyłącznie Brejniakowski zawinił. To on przyszedł do nas do domu Kielaka, gdzie się ukrywaliśmy w piwnicach. Był obładowany papierosami z tej rozbitej ciężarówki. On te papierosy wszędzie porozrzucał. Nawet na głowie miał niemiecki hełm.

Ta grupa tych Niemców, którzy zabrali naszych to przyszli od strony lasu z Zielonki, od strony tej góry, na której było to obserwatorium (wieża triangulacyjna T.P.)

I co się po tym stało?

Zaraz potem może za pół godziny, od strony Zielonki przyszli Niemcy. Uzbrojeni byli tak, że aż strach było na nich patrzeć. Nawet rozmawiać z nami nie chcieli. Na pasach obwieszeni byli granatami, a na piersiach opasani byli ?kulkami” (amunicją). Jak Niemcy przyszli na podwórze domu Kielaka to kazali wszystkim wychodzić na podwórze. Zaczęli osobno ustawić mężczyzn oraz kobiety i dzieci. Na środku podwórka Niemcy ustawili karabin taki ?maszynowiec” na nóżkach. Obsługiwał go żołnierz niemiecki i kręcił nim tak dookoła. Każdego chłopa zabierali do tej osobnej grupy mężczyzn. Oni by ich wszystkich od razu zabili na miejscu, gdyby nie zawodzenie i płacz dzieci. Niemcy chodzili tak po podwórku Kielaka, a tam zapanowała grobowa cisza. Tylko ta ?sunia” szczekała tak zajadle. Chodzili po podwórzu i tylko czekali, aż się ktoś odezwie. A do tej ?suni” to strzelali i strzelali, aż ją w końcu zabili. Szczególnie jeden z nich strzelał tak długo do tej psiny, aż ją porozrywał od tych kulek. Dopiero jak jeden z jego kolegów zwrócił mu uwagę, żeby przestał bo pies już dawno nie żyje to on przestał.

Nikt nie śmiał się odezwać, oni tylko na to czekali żeby ktoś co powiedział, żeby się odezwał. Z ich twarzy można było odgadnąć, że nie zawahają się zabijać.

Potem zebrali tych wszystkich naszych chłopów, ustawili w kolumnę i popędzili w kierunku Zielonki. Niektórzy z nich nieśli w rękach paczki z prowiantem zabranym z ciężarówki. Ci co nie nieśli paczek, trzymali ręce podniesione do góry. Jak oni oddalali się w kierunku tej szosy fortecznej, rembertowskiej to rozległ się szloch kobiet i płacz dzieci, wtedy moja siostra Eugenia poleciała za ojcem, który był w tej kolumnie, wówczas jeden z żołnierzy odwrócił się i strzelił serią w naszym kierunku, padliśmy wszyscy na Ziemię, ale Gienia już nie wstała, dostała w głowę i skonała na miejscu (płacz).

Gienia to Pani siostra?

Tak, ten Niemiec, który zabił Gienię to pewnie myślał, że ona leci po pomoc do partyzantów, a ona leciała po pomoc do fabryki Balickich. Tą naszą zabitą siostrę Gienię to zaraz położyliśmy na trawie i owinęliśmy w prześcieradła. To było okropne, dom się palił, Gienia zabita, płacz i krzyk kobiet oraz dzieci.

Co z resztą ludzi?

Całą tą grupę popędzili Niemcy w kierunku Kruczka. Tych Niemców co prowadzili naszych chłopów to było chyba ze 40. Było ich naprawdę dużo i byli świetnie uzbrojeni. Później dowiedzieliśmy się, że spędzono naszych koło cmentarza w Zielonce, w okolice Kruczka, że tam ich przetrzymywali. Nie wszystkich jednak zapędzono na Kruczek, tylko tych, którzy byli wzięci stąd ze Strugi, Rościszewa i Pustelnika. Resztę wywieziono do obozu pracy do Zacisza. Tego samego dnia na podwórko do Kielaka przyjechali esesmani, bo widziałam, że mieli na czapkach trupie główki.

Kobieta, która mieszkała niedaleko Kruczka w takim drewnianym rozwalającym się domku mówiła nam, że tuż pod górami koło Zielonki partyzanci zaatakowali eskortujących naszych chłopów Niemców
i że zabili na miejscu 2 Niemców, a 2 mieli wziąć ze sobą. Jednak ze względu na przeważającą siłę Niemców partyzanci wycofali się. Tych 2 żołnierzy niemieckich partyzanci rozstrzelali w lesie koło tartaku w Strudze. Niemcy natomiast zapowiedzieli, że jak tych 2 ich kolegów się nie znajdzie do wieczora to rozstrzelają wszystkich naszych. Na tej górze piaskowej to wówczas zginęło kilku naszych partyzantów, którzy przyszli odbić naszych i wyszli z fabryki Balickiego.

Czy markowianie bronili się przed odwetem?

W tych starciach z Niemcami zginęło kilku naszych. Jeden z nich, przy którym nie znaleziono żadnych dokumentów został pochowany właśnie koło tej piaszczystej góry. Z tej piaskowej góry to wszystko było wówczas widać, bo nie była ona wtedy porośnięta lasem. Z tej właśnie góry widzieliśmy jak prowadzili naszych. Myśmy szli za tą grupą w pewnym oddaleniu, ale jak Niemcy zobaczyli kogoś z nas to od razu strzelali. Nie było mowy o tym żeby się do nich zbliżyć. Widzieliśmy jak ci partyzanci wylecieli z lasu i zaczęli strzelać do eskortujących naszych Niemców. Widzieliśmy jak 4 tych partyzantów zostało zabitych. Partyzanci chcieli odbić naszych, taki mieli zamiar, ale byli słabo uzbrojeni, chyba tylko w pistolety, a Niemcy jak już mówiłam uzbrojeni byli po zęby.

Kiedy odkryliście, że pomordowano naszych na Kruczku?

Na Kruczek poszłam ze swoją mamą, poszło nas tam ze 20 osób. Od Berów dali nam znać, że leżą zabici koło Zielonki na Kruczku. Najpierw do Zielonki do tego miejsca gdzie oni leżeli zabici poszły 3 kobiety. Nie dochodząc do samego dołu jedna z nich rozpoznała zabitego swojego męża i od razu rozległ się krzyk, że oni leżą tam wszyscy, których Niemcy stąd zabrali. To jak żeśmy dotarli do tych zabitych, to było też w niedzielę, dokładnie tydzień od ich zabrania. Jak już byliśmy na Kruczku to szczęście wielkie, że wzięłyśmy ze sobą krople na serce, wodę – nie nadążaliśmy podnosić tych którzy omdlewali, którym robiło się słabo,. Każda z kobiet szukała swojego, ta męża, ta brata, ta syna. Pan sobie nie wyobraża co tam się działo… to jest tak trudne do opowiedzenia (płacz). To był jeden wielki krzyk i płacz, co raz, którąś omdlałą zaraz wynoszono. Ja tam przecież byłam, ja to wszystko przeżyłam (płacz). Z początku mamusia tatusia nie mogła poznać, (Berówna swoich od razu poznała), bo inni przewalali te ciała w poszukiwaniu swoich, a te zwłoki były poroznoszone. Był tam smród nie do opisania od tych rozkładających się już ciał, bo wtedy to była duża gorączka. Jak żeśmy w końcu trafili na miejsce tej zbrodni koło tej drogi prowadzącej do Siwek, na Kruczku to zobaczyliśmy tych naszych chłopów, tam ich leżało według mnie około 70-ciu. Oni leżeli z głowami zwróconymi w kierunku wody, bo tam była taka glinianka, a woda w niej to, aż była czerwona od krwi. W powietrzu roznosił się okropny smród od rozkładających się ciał.

Boże, aż nie chce się wierzyć w to co Pani mówi?

Każdy z nas szukał tam swoich. Brat mój Zych Mietek i Bogacz, ten mniejszy chłopak obaj leżeli objęci za szyję, tak mocno przytuleni do siebie, jakby się ściskali i jeden obejmował za szyję drugiego (płacz). Wydawało mi się, że mój brat nie był zabity od kuli, bo jak żeśmy go z mamą rozebrały to on nie miał żadnego śladu po kuli, tylko na szyji miał odciśnięte jakby dłonie (płacz). Brat leżał twarzą do ziemi.

Co tam się działo. Krzyki, piski, płacz kobiet. Niektóre z nich mdlały i trzeba było je cucić, ratować. Dobrze, że wzięliśmy ze sobą krople na serce. Ratowaliśmy i pomagaliśmy tak jedna drugiej. Wśród tych zabitych widziałam też leżącego pod burtą Kazimierza Jędrusiaka – dróżnika.

Wydaje mi się, że Niemcy to stali na tych burtach dookoła, a nasi spędzeni byli w dole tuż przy gliniankach. Oni biedni nie mieli żadnych szans na ucieczkę. Ktoś opowiadał, że z tej grupy miał uciec Kurpik, ale ja w to nie wierzę, żeby komuś się stamtąd udało uciec. Jak on miał się uratować skoro tam dobijano rannych strzelając im w głowę tak że mózgi się rozlewały. Jak żeśmy tych naszych bliskich wyciągali to z głów wylewały się im mózgi. Koło tych rozstrzelanych leżały zabite 2 kobiety, które tam pasły kozy. Według mnie to stamtąd nikt się nie uratował, nie wierzę w to.
Myśmy z mamusią i innymi, których od nas zabrano zjawili się tam dopiero w tydzień później. Wcześniej baliśmy się ich tam szukać w okolicach Kruczka bo mówiono nam, że tam są Niemcy i nikogo nie dopuszczają i trzymają straże. Pilnowali tych zabitych żeby nikt za szybko się o tej zbrodni nie dowiedział.

Czy wiadomo kogo dokładnie pomordowali Niemcy?

Dokumenty tych pomordowanych leżały na jednym miejscu porozrzucane tuż pod takim krzakiem, ale niektórzy z tych zabitych dokumenty mieli przy sobie. Natomiast ci zabici nie mieli przy sobie cenniejszych przedmiotów takich jak: obrączki, zegarki, medaliki, łańcuszki czy pieniądze. Wydaje mi się, że tego nie zrobili prawdziwi Niemcy, to byli jacyś inni w niemieckich mundurach.
Wujek Jurek miał taki ładny zegarek i w sobotę przed tą niedzielą kiedy zdjął ten zegarek z ręki powiedział swoim znajomym patrzcie teraz jest godzina 10, a jutro o godz. 17 ja już nie będę żył, na to jeden z nich to w takim razie daj mi ten zegarek, przecież nie będzie ci już potrzebny. Tak tez się stało bo ich najprawdopodobniej o 17 rozstrzelano.

Czy po wojnie mówiono o tej zbrodni?

Byłam w tej sprawie wzywana do sądu za komuny w latch 70-tych, ale sędzina powiedziała, że nie należą się nam żadne odszkodowania, bo oni się nie bronili. Ale jak oni mogli się bronić i czym ? Na to sędzia powiedziała, że mogli się rzucić na Niemców. No więc tłumaczę jej jak oni mogli się rzucić z gołymi rękami na uzbrojonych od stóp do głów Niemców. Byłam 2 razy wzywana do sądu, właśnie w tej sprawie, tu na ul. Leszno w Warszawie.

Wiem, że były jakieś odszkodowania, ale ponieważ nasz ojciec nie był komunistą, nic nie dostaliśmy. Nasz ojciec miał 44 lata, brat 17, a Gienia 21.

Jak żeśmy wywozili naszych bliskich zmarłych z Kruczka to Niemcy kontrolowali trumny i furmanki na, których ich przewożono. Szukali czy nie przewozimy jakiejś broni lub amunicji dla partyzantów. Mojej wujence to jeden z Niemców przyłożył nawet pistolet do głowy i dla postrachu zaczął koło jej głowy strzelać tak, że ona po tym ogłuchła i była głucha, aż do końca życia. Nie wszystkich jednak z Kruczka zabrano, na pewno część z nich z tych zabitych została tam na miejscu. Co tam się na tym miejscu wyrabiało to pan sobie nie wyobraża. Jeden wielki krzyk i płacz. Jedna z tych kobiet z 7 razy przekładała swojego męża i krzyczała, że to nie on. Dopiero jakaś inna kobita krzyknęła na nią mówiąc ?zobacz przecież to jest twój chłop”. Ci nasi zabici mieli głowy poprzestrzeliwane jak sito. Jak pamiętam to oni byli poukładani po 10 osób. Król leżał w wodzie zabity.

Ci wszyscy z naszej rodziny leżą pochowani na cmentarzu w Markach, na miejscu zakupionym przez Balickiego dla swoich pracowników, bo nasz tatuś pracował u niego w fabryce. To Balicki zapłacił też za te wszystkie trumny, w których pochowaliśmy naszych bliskich?.

Bardzo dziękuję Pani za rozmowę.
Tomasz Paciorek

Wywiad został opublikowany w listopadowym wydaniu Kuriera Mareckiego:

Aby pobrać należy kliknąć w obrazek:

Komentarze: 3

  1. córka pisze:

    bardzo proszę o sprostowanie nazwiska : Wanda Jendrysiak z domu Kostrzewa

  2. Ber K. pisze:

    Wiem , że z perspektywy czasu mogą wystąpić pewne niedomówienia , mogą powstawać pewne niejasności, czas niestety zniekształca, jedne rzeczy wyolbrzymia inne się zacierają……nie mniej jednak jako że ten dramat na Kruczku został przekazywany nam, rodzinie, od kiedy pamiętam najpierw przez moją prababcię następnie babcię i ciocię jak i przez inne osoby które w tak dramatycznych okolicznościach zostały przez los okrutnie potraktowane tracąc swoich bliskich nie mogę pozostawić tego artykułu bez komentarza. Owszem wozy spłonęły (taki przekaz również mamy) ale nie od strzału z rosyjskiego czołgu a z innych przyczyn, nikt nie wspominał o grabieniu niedopalonych produktów z tego transportu(ludzie się bali konsekwencji), po trzecie Niemców było zaledwie kilku i wyprowadzali mężczyzn po to by wywieźć ich na roboty do rzeszy (było to normalne w tym czasie , ponieważ takie zarządzenie wydano oficjalnie w samej Warszawie jak i w okolicznych miejscowościach przez ówczesne władze okupacyjne). Prawdą jest że na miejscu tej kaźni jako jedne z pierwszych dotarły Prababcia Zofia Ber, babcia Marianna Ber, ciocia Jadwiga Ber obecnie Bielicka , która jeszcze żyje a co za tym idzie Pani Wanda Kostrzewa obecnie Jendrysiak nie jest jedyną która była świadkiem tych zajść. Również nie słyszałem nigdy o samej próbie odbicia więźniów ( w tym czasie AK koncentrowała się na innych zadaniach i raczej nie mogła w sposób oczywisty być powiadomiona o potencjalnym rozstrzelaniu ponieważ mężczyźni byli wyprowadzani do transportu na roboty w samych Niemczech). Po trzecie jak pamiętam z opowieści moich bliskich były oczywiście przesłuchania sądowe dotyczące tego mordu ale nie dotyczyły potencjalnych odszkodowań. Nie słyszałem również o niemieckiej straży na miejscu , oni w podobny sposób dokonywali mordów w całej Polsce a ukrywanie zwłok , stróżowanie po prostu nie leżało w ich kompetencjach , krótko mówiąc dokonali zbrodni i odeszli. Słyszałem również przekaz o kimś kto mieszkał w drewnianej chacie czy szopie w okolicy i przeżył i to właśnie ta osoba powiadomiła bliskich o tym nieszczęściu.

  3. BR pisze:

    Drogi Panie Ber,
    Pani Wanda Jendrysiak nigdy nie mówiła że jest jedynym świadkiem tych zajść
    ale jak na swój wiek ma bardzo dobrą pamięć i naprawdę wiele dobrze pamięta nie z opowieści
    a z faktów

Zastrzeżenie
Opinie publikowane na łamach Portalu Społeczności Marek są prywatnymi opiniami piszących – redakcja Portalu nie ponosi za nie żadnej odpowiedzialności.
Osoby publikujące w artykułach lub zamieszczające w komentarzach wypowiedzi naruszające prawo mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną.

WordPress.org - wdrożenie: ACTIVENET - projektowanie stron internetowych - Warszawa, Marki (zapytań: 61, generowano: 0,565s)