Rzecz o mareckich cegielniach – Ryszard Sawicki

Bogate pokłady gliny zalegające mareckie okolice od dawna wykorzystywano do wyrobu cegieł, dachówek czy też drenarskich rurek. Dziś jesteśmy świadkami zmierzchu mareckich cegielni. Glina, podstawowy surowiec wytwórczy został w miejscach dostępnych wyczerpany, dynamiczna rozbudowa osiedli ogranicza jego pozyskiwanie. Ponadto cegła skutecznie wypierana jest z budowlanych technologii przez inne materiały. Początki przemysłowego pozyskiwania glinianego surowca w naszej okolicy rozpoczęto w drugiej połowie XVIII wieku, cegły wyrabiano ręcznie a tam gdzie siła ludzkich mięśni nie wystarczała wprzęgano konie. W latach międzywojennych ceramiczne procesy wytwórcze poczęto mechanizować jak n.p. w cegielni Maksymiliana Małachowskiego w Pustelniku I. Mimo to ręczne wytwarzanie cegieł nadal konkurowało skutecznie z maszynami aż do lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Przy produkcji cegieł zatrudnienie znajdowała znaczna część mareckiego społeczeństwa, zwano ich ,,strycharzami?.
Była to mieszanka ludności stałej i migrującej. Łączyła ich dola ciężkiej pracy i biedy gdy popyt na cegłę malał, lub trzeba było przetrzymywać na lichej oszczędności długą zimową przerwę w pracy, tradycyjnie jak co roku, od Michała do Ryszarda.
Strycharze ? byli to ludzie hardzi z którymi zaczepki każdy wolał unikać. Panowała wśród nich jakaś subkultura szlacheckiej „gołoty” . Ostentacyjnie podkreślali swą wyższość nad warstwą chłopów choć prawdę powiedziawszy podstawą ich posiadania były tylko silne ręce.
Cegielniane środowisko było mi dobrze znane.
Do upadłego uganialiśmy się z chłopakami po cegielnianych zakamarkach. Na portkach zjeżdżaliśmy z krytych słomą suszarniczych szop, pomagaliśmy na placu przy kantowaniu czy gamowaniu, do późnej nocy siadywaliśmy u stróża w jego dyżurce słuchając dawnych opowieści.
Później gdy byliśmy starsi, no powiedzmy klasa VI czy VII zatrudnialiśmy się w wakacje na tydzień czy też dwa żeby w cegielni popracować. Zarobione złotówki wydawaliśmy rozważnie, wszak ich równoważnikiem były bolące od pracy ręce, ramiona i nogi.
Myślę że odchodzące już w cień zapomnienia cegielnie mareckie zasługują na opracowanie w całokształcie ich istnienia. Ale kto to zrobi? Wiem że zajmowała się tym tematem wraz z młodzieżą, pedagog ś.p Pani Tomczyk . Miałem okazję a nawet zaszczyt poznać Ją przy tej pracy. Jej nagłe odejście urwało cegielniane opracowanie a treść jego jest mi nieznana.
Mój „ceglany” artykuł jest wyjętą częścią z opracowania dotyczącego bitwy warszawskiej, fragmentarycznie prezentowanym na stronach mareckiego portalu w kilku odcinkach.

MARECCY STRYCHARZE
Północny skraj Marek dzieli od odległych zabudowań Pustelnika szosowa równinna dal przemykając pośpiesznie przez obszar zeszpecony niekończącą przestrzenią zapadlisk gliniankowych. Wykopano je niegdyś siłą strycharskich rąk, bez logicznej myśli i geometrycznego uzasadnienia. Nieużyteczna kraina sprawia wrażenie nieprzyjemnej i wyludnionej pustki, umiejącą mówić tylko głosem szumiących trzcin. Gładkie zwierciadła licznych wodnych luster skrywają macki podwodnych wodorostów, maskują tajemniczo groźne, podstępnie milczące, gliniankowe głębie. Dalej, na zasobnych w glinę gruntach, rozłożyły się cegielnie ? nieodłączny motyw mareckiej panoramy. Wysokie
kominy ogromnym wysiłkiem dźwigają sklepienie niebieskie, ratując je niechybnie przed zawaleniem. Czasem jednak, gdy staniesz u ich podstawy, popatrzysz w niebo na wysokość szczytów w tle przesuwających się chmur, odniesiesz wrażenie, że ci ogromni mocarze dzieła najwybitniejszych mistrzów kielni wychylają się niebezpiecznie, jak gdyby zamierzały runąć z głośnym łoskotem.
Przy fabrycznych domostwach ciągi improwizowanych ulic z domami, których ciemne poddasza wykorzystywane na stałe i sezonowe strycharskie mieszkania.
Wysunięty pomost połączony pnącymi w górę drewnianymi schodkami, podtrzymaniem trzęsącej poręczy pozwalał wejść do izbowego strychu. Niekiedy podniebne wejście obudowywano pudłowatą sionką umieszczoną na długich szczudłowatych nogach z drewnianych belek, całość przymocowywana jakimś ciesielskim sposobem do niepewnej konstrukcji ścian.
Inne domostwa tkwią tuż przy ziemi niezależną ogródkową odrębnością, z doklejanymi do siebie gdzie się da przybudówkami sionek, kuchenek, komóreczek i chlewków. Ogólna zabudowa sprawia wrażenie podpatrzonej i naśladowanej chyba tu sztuki budowania jaskółczych gniazd. To siedziby strycharzy, czy raczej kryjówki dla nich i ich rodzin. To tymczasowo ulepiona bylejakością budowlana improwizacja fasad, osmalona odcieniem brązów, w chaosie kontrastu szarości i czerni, z nikomu nie przydatnych połyskujących szkliwem, ceglanych ,,opłomków ?. Do granic przeludnione, straszą biedą swych wnętrz, rozweselaną czasem wódką lub wrzaskiem bosej dzieciarni w glinianej szarej codzienności. Szorstka, nie znająca litości człowiecza znieczulica, zrodzona w jarzmie twardej roboty, brutalnie wypchnęła za wypaczone drzwi rodzinną opiekuńczość, troskę, miłość, a czasem wiarę i nadzieję na lepszą przyszłość. Jednak ta pozorna skorupa obojętności pęka jak kruche szkło gdy do sąsiada zawita nieszczęście, czy stanie mu się krzywda, w niedoli bieda zawsze poratuje biedę, odwieczne siostry niedostatku pozwał los na wzajemne wspomaganie. Łatwiej jest przełknąć kromkę suchego chleba omaszczoną współczuciem sąsiadów ? wie o tym każda strycharska rodzina.
Pod złamanym sufitem poddasza, z półmrocznych kątów niezmordowanie wyziera przybrudzona brzydota krzywych dawno nie bielonych ,,tonem? ścian, zakryta częściowo obrazami świętych i chałatami łachów wieszanych wprost na gwoździach. Szafa dla strycharza mebel drogi, niepotrzebny i kłopotliwy ? gdy zabraknie pracy i trzeba będzie szybko opuszczać mieszkalną norę. Pośród heblowanych surowo gratów, ciasno ustawiony nadmiar prycz i łóżek z rzuconymi jak spłaszczone worki słomianymi siennikami. Jedno jakby najważniejsze, wysoko usłane poduchami pierzyn, wierzchem nakryte wypłowiałą derką. Z chronicznego braku miejsca dziecięca drobnica upychana jest do snu po dwoje w nogach, czyli czworo na jedno łóżko.
W rogu niczym diabelskie głowy strasząc odrażającą czernią, służące do gotowania strawy żeliwne ,,sagany?. Stoją w nieporządku na popękanym żelaznym blacie bryłowato ciężkiej, ceglanej ,,suki?. Pełni ona ważną powinność domowej kuchni i słabego izbowego ogrzewania, gdy tylko pod fajerkami zatańczy światło płomiennego ognia. Pod jej obszernym podbrzuszem, spomiędzy grubych, topornych nóg, wyzierają chimerycznie wykrzywione szczapy drzewnych karp i powyrębowych pniaków. Odzyskiwane z leśnych wyrębów, mocno zakorzenione, ledwie wystające z ziemi, wyszarpywanie ciężką harówka za darmowym przyzwoleniem pana gajowego. Obok stos uzbieranych w lesie szyszek i patyków ? niezbędny zapas do ratowania ognia gdy czasem zaniknie ,,cug? w kominie.
Między ,,suką? a szafką ? drewniana ława, a na niej stojące wiadro z przyniesioną ze studni świeżą wodą na tle nieporadnego haftu rozwieszonej makaty. Obok rozdęte obwodem zwężające się ku wrębkowi gliniane ni to gary, ni to dzbany, z dużym bocznym uchem; jeden wypełniony szarym fermentem zakwasu żytniej mąki-razówki, zapełni apetyty wiecznie głodnych brzuchów gotowaną najczęściej z żurem ? kartoflaną zalewajką. Dodane do zupy ,,podróżniaki? ? małe grzybki zbierane przez dzieciarnię na gliniankowych groblach i nieużytkach ? wzbogacają smak i aromat strawy. Drugi garnek z białym kozim mlekiem, jako że kóz w Markach nie brak; co rusz
widać ,,zapalowaną? łańcuchem lub sznurem do skrawka niczyjej trawy, czy pobekującą w przydomowym chlewiku. Zdrowe kozie mleko pomaga złagodzić niedostatek, uzupełnia brakujący niedobór zwłaszcza witaminy D, biały rarytas, nakazywany przez doktorów do spożywania przez dzieci zapobiega przed powszechną krzywicą. Niedostateczne odżywianie nazbyt często odciska wstydliwe piętno ,, prostowanych na beczce? dziecięcych nóg.
Doktory doktorami, a znachorka z Pustelnika żyjąca między swymi też ma pełne ręce roboty. Wielka kraciasta chusta ? niczym indiańskie ,,pancho? narzucone na głowę okrywa szczelnie ramiona i plecy, prostymi frędzlami odcina swe kontury ? najczęściej noszona przez mareckie kobiety osłona od deszczu, wiatru i chłodu. Szła do chorego o każdej porze nocy i dnia nikomu nie odmawiając pomocy. Pochylona sylwetka, wystający z fałd okrycia chusty długi prosty nos i wyłupiaste, wielkie, przenikliwe oczy…
Każdy ją znał: ,, Ało! patrzta! Kasprzykowa znad rowu znów leci do chorego?.
Asortyment leczenia miała wystarczający jak na potrzeby lokalnej społeczności.
Na ból brzucha radziła: ,, przyłożyć do miejsca obolałego dobrze rozgrzaną fajerkę, zawiniętą w papier by nie poparzyć rąk?, a gdy ból nie ustępował diagnozowała proroczo: ,, w brzuchu są robaki? i zalecała wąchanie odkorkowanej butelki z naftą, bo ,, ukryty soliter jak tylko poczuje naftę wnet wylezie do wierzchu z nieszczęśnika? .Na katar najlepiej ,, wąchać tlącą się gazetę zwiniętą jak cygaro dla lepszego dymienia i katar energicznie wykichać?. Na przeziębienie : ,, sok malinowy, mleko z masłem i prasowanie pleców przez pergamin żelazkiem z gorącą duszą, lub
szklane bańki stawiane na boki, dodatkowo w nogi butelka z gorącą wodą. Jak nie pomoże to pijawkami krwi upuści, tylko że stawiane pijawki muszą być świeże, jeszcze ,, nieużywane?. Dobre pijawki poznać łatwo ,, bo w słoiku pływają żwawo?, a kupić je można na targu środowym w Radzyminie. Gdy od nadmiernej pracy czy nieszczęśliwego upadku wypadnie komuś jabłko ze stawu, Kasprzykowa wszystkiemu zaradzi. Rozciągnie nieszczęśnika na podłodze, siądzie na nim, że biedaczysko nie może nawet się poruszyć, posmaruje obolałe miejsce ogrzanym smalcem i tak gwałtownie uciśnie w sobie wiadomy sposób, aż pacjent wyda wrzask przeraźliwy. ,, No i czemu się drzesz bidaku? przecie już po wszystkim? ? zawstydza uzdrowionego. W bogatym arsenale środków jest też rada na palec w bolesnym zastrzale: ,, wsadź go do gotującej wody i trzymaj tak długo ile możesz utrzymać, zabieg powtórzyć kilka razy?. Kaszel ,,szybko minie po kilkakrotnym zażyciu syropu z młodych czubków sosnowych zebranych majową porą?. Na ropiejącą ranę ,, przyłożyć liść podbiału? ? dużo go rośnie pośród mareckich pól, a najwięcej w gliniankach, tam gdzie glinę kopią.
Kołtun: ,,broń boże rozczesywać lub ciąć nożyczkami, trzeba zdjąć uroki z zakołtunionej głowy i przypalić kosmyki rozgrzanym pogrzebaczem tak, aż buchnie z włosów obłok dymu?. Ukąszenie żmii, to groźny przypadek, a żmij w naszym lesie bez liku, ,, tylko długie moczenie ukąszonej nogi w zsiadłym mleku? zapobiegnie podróży nieszczęśnika na tamten świat. A ileż tego mleka trzeba? Na ogólne niemoce czy słabości od środka się biorące: ,,weź pustą butelkę , udaj się do góry Zdrojowej mareckiego lasu, w połowie jej długości znajdziesz tam bijące źródło. Zaczerpnij z niego wody, pij kilka razy dziennie do woli przez tydzień, jak nic pomoże, jako że wielu już ta woda na nogi postawiła?. Na reumatyzm: ,, wygrzać się w słońcu choćby i cały dzień albo i dwa na piaszczystych wydmach?, których pełno w mareckich okolicach, następnie ,, siedzieć zanurzeniem po szyję w ciemnych wodach ,,Kruczka?.
Pamiętaj więc, kiedy tylko poczujesz ból w łokciu krzyżu lub kolanie, idź zażyć kąpieli w uzdrawiających wodach Kruczka.
Liche odżywianie to najczęstszy przyczynek dręczących chorób. Chudym posiłkiem żeliwnej warzelni jest zupa szczawiowa zaprawiana mlekiem, a najładniejszych listków szczawiowych uzbierać można do woli za lasem, w soczyście zielonych bezkresach łąk Olesina.
Wybierają się więc po ten szczaw zastępy mareckich bab, a przed wieczorem wracają gromadnie z zapaskami pełnymi kwaśnych liści.
W domu trzeba jeszcze obejrzeć każdy listek na dwie strony czy nie ma robaka, opłukać , pokrajać na desce i wrzucić do buchającego parującym wrzątkiem sagana. Tymczasem w izbowej monotonii, poniżej, pośród szerokich szpar podłogowych desek, spoczywa sianem wymoszczona wiklinowa opałka, wypełniona po brzegi dojrzewającymi ulęgałkami zwolna nabierającymi żółtawej słodkości. Opodal wyrwana z ogródka wiązka rabarbaru, do zagotowania na kompot dla harującego ojca. W obiad dziecięcym obowiązkiem jest zanieść w glinianych garnkach na cegielnię jedzenie i picie. Za to czasem, po wypłacie, otrzymać można słodki przysmak, moczony w wodzie, lub jeszcze smaczniejszy ? w mleku. Och! jak to smakuje, choć to tylko zwykła kromka chleba cukrem posypana. Biała słodycz, łasy przysmak, z rzadka kupowany przy szosie w sklepiku u Redera.
W głębokim kącie izby, wstydliwie schowane drugie wiadro, stare i znacznie brudniejsze, zbierające zmywane popłuczyny i nieczystości potrzeb fizjologicznych mieszkańców. Sączący się ,,zapach?, zakryto poobijaną okrągłą, emaliowaną miednicą służącą zarazem do zmywania naczyń i mycia się wszystkich domowników. Napełnione po wierzch, wynoszą na dwór i chlustają przed dom gdzie popadnie.
W maleńkim odrapanym z farby i kitu oknie, pęknięta szyba zabezpieczona guzikami przed wypadnięciem, mocno ,,upszczona?, ugaszcza stada nudzących się w senności much. przybrudzona zasłonka ,,zazdroska? nawleczona mocno naciągniętym sznurkiem, zsuwana dniem do boku. by wpuszczać więcej dziennego światła w izbowe mroki. Wieczorem zasłaniana szczelnie zniechęca ciekawskie podwórzowe gały, przed zaglądaniem do izbowego wnętrza, gdy mroczności izby rozjaśni żółte światło lampy naftowej lub świecy. Z boku, ledwie powyżej połowy wysokości okiennej framugi, podwieszone na sznurku dwa małe wianuszki z ściśle uplecionego polnego kwiecia, poświęcone u
św. Izydora, mają chronić domowników przed nieszczęściem i piorunami.
Czasem, gdy przechodząca nawałnica raptem przybiera na sile, a błyskawice rozdzierają niespotykaną jasnością granatowe obszary apokalipsy nieba, oślepiające światła wdzierają się potęgami jasności do izbowego spokoju.
Niespodziewanym krótkim błyskiem i zwłoką potwornego huku malują wnętrze i sprzęty na niebiesko, a wibrujące drżenie szyb zdaje się rozsadzać ściany. W granatowych strugach deszczu poczynają przełazić oknem do izbowych ostoi ociekające woda zjawy zasłyszanych opowieści. Wypełniają po sam czubek najeżoną strachem głowę, paraliżują niemocą wszystkie członki. Bo ostatnio gadano, jak to przebiegły piorun u Skurów kulą ognistą frunął po izbie i tak zawzięcie krążył, aż przestraszonego Felka osmalił,
a jeszcze kiedyś u strycharzy na Bagnie, to nawet kogoś zabił. Ognisty spryciarz potrafi kominem dostać się do środka, dopaść i ugodzić niemal każdego. A tu burza, ustępować nie zamierza, zgroza strachu przenika wszystkich gdy najciemniejsze kąty nie zapewniają już schronienia, a moce obronne wianków też zdają się już nie wystarczać. Sięga się wtedy po środek ostateczny, nabożną powagą zdejmują największy obraz ze ściany by ustawione w oknie jego święte moce rozjaśniane blaskiem palących świec przeciwstawić zdołały okropnościom burzy. Przygotowane zawczasu tobołki zapewnią gotowość do szybkiej ucieczki, gdy uchowaj Boże, piorun dach zapali.
Przestraszeni domownicy czekali, a w szczególności unikali patrzenia w okno, bo patrzenie na świat podczas burzy ściąga pioruny i inne nieszczęścia. A one są tuż, tuż, za usiłującą wytrzymać resztkami sił w zmaganiach z piekielnym naporem rozszalałych żywiołów, wzmocnioną guzikami pękniętą szybą.
Może to i dziwne, ale moc wystawionego do okna obrazu zwielokrotniona w trwożnej jednomyślności pacierzami, nieoczekiwanie skutkuje, z wolna maleje zagrożenie i strach. Na opustoszałych podwórzach powstaje ruch, żwawym uwijaniem każdy zabiera swoje kwiaty wystawione na deszcz, a nawałnica zdaje się wyraźnie być coraz słabsza aż w końcu pokonana odchodzi.
Lecz dziś jest ładna pogoda, pośrodku parapetu rozłożysta prymulka w przydużej donicy, rozkwitła okienną radością w barwach najżywszej czerwieni, wprowadziła ożywczy nastrój do izby, magnes dla ciekawych oczu patrzących z dworu. Obok po obu stronach kwitnącej panny, rozsiadły się przyciężką zalotnością dwa szklane gąsiory, gardziele ich zatkane białym płótnem, przewiązane po obwodzie sznurowatą pętlą, skutecznie zabezpieczają przed dobraniem się do strzeżonych słodkości ciekawskich i nigdy nie nasyconych much. Wystawienie pękatych balonów do okiennego słońca pośpiesza dojrzewanie nastawionego z leśnych owoców soku, szykowanego przezornością na późniejsze chłody. W jednym jagody podebrane skrycie z lasu hrabiowskiego, w drugim jeżyny zrywane bolesnym uporem pomiędzy, broniących dostępu, ostrym chwytaniem, kłujących kłączy.
Pełno ich wszędzie pośród mareckich piaszczystych lasków i wykrotów.
Pozostałe wolne parapetowe przestrzenie, to domowa przeszklona dojrzewalnia witamin, wypełniona szczelnie, zielonymi, z ledwie dostrzegalnym przyobleczeniem w żółtawe rumieńce, pomidorami. Zerwane zostały z zapobiegliwą przezornością wcześniej, choć jeszcze nie dojrzałe z krzaka, tylko po to, by ubiec zamiary przypadkowego amatora smacznych warzyw, z chronionego kruchym szpalerem patykowatych sztachet, maleńkiego ogródka.
Nie wykluczone, że pomidory, witaminowe przysmaki, mogły być również
,,zajawniaczone? przez chłopaków z zasobnych ogrodów Zdrożnego na Kosianach. Niejednokrotnie ruszały tam wieczorne wyprawy po warzywa i owoce starając się przechytrzyć pilnującego stróża.
Czerwone trofea zjadano natychmiast, choć powinny jeszcze dojrzewać bo nie sposób rozpoznać koloru w szybkim zbieraniu pośród ciemnej nocy.
Poniżej izbowego okna drewniana podłoga nakryta krótkim kawałkiem wąskiego bieżnika, utkanego w kolorowy pasiasty wzór. To pomysłowe wykorzystanie starych szmat, pierwej podarte na sznurowe strzępy, później farbowane i tkane wieczorami w kolorach krzyczącej pasiastej tęczy na izbowych krosnach, pod słomianą strzechą dachu wiejskiej chałupy. Wiezione na jarmark do zbycia na środowy targ do Radzymina, sprzedany dość szybko, bo łatwo przyciąga wzrok, rozłożony w domu jest powodem dumy i oznaka dostatku.
Na ogół jednak deski świeżo wyszorowanych podłóg wykładano starymi gazetami ? to powszechny sposób higieny i utrzymania czystości.
Nieopodal, na zewnątrz, szerokie przestrzenie, pełne piecowych popiołów i ciężkiego gliniastego błota, zalegającego przy „sznajdrach?, czyhają na okazję by na butach wedrzeć się do domowych czystości.

Ryszard Sawicki
Towarzystwo Przyjaciół Marek

Komentarze: 3

  1. Ewa Dziwulska pisze:

    Dziękuję za ciekawe artykuły dotyczące historii Marek i Pustelnika. Opisy dostarczają wiedzy na temat dnia codziennego mieszkańców i wywołują wspomnienia. Mieszkam w Markach od urodzenia i moja pamięć sięga lat 60-tych, bardziej odległe czasy znam z opowiadań rodziców i babci. Wspomniany przez Pana Stanisław Zych zginął w czasie wojny w 1944 r. – był moim dziadkiem.
    Myślę że tego typu opisy zainteresowałyby i wzruszyły ludzi starszego pokolenia. Publikacje w wersji elektronicznej dostarczają
    wiedzy i trafiają głównie do ludzi młodych, mających dostęp do internetu. Dla starszych mieszkańców Marek atrakcyjniejsza wydaje się forma wspomnień w postaci książki,broszury,gazetki. Zachęcam do kontynuowania wspomnień o Markach w różnych formach przekazu. Czekam na kolejne artykuły.
    Pozdrawiam Ewa Dziwulska

  2. Wiesław Firląg pisze:

    Czy ktoś pamięta jakie były oznaczenia na cegłach z poszczególnych cegielni w Markach i Pustelniku?

  3. Witek Klejna pisze:

    Brakuje ilustracji…

Zastrzeżenie
Opinie publikowane na łamach Portalu Społeczności Marek są prywatnymi opiniami piszących – redakcja Portalu nie ponosi za nie żadnej odpowiedzialności.
Osoby publikujące w artykułach lub zamieszczające w komentarzach wypowiedzi naruszające prawo mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną.

WordPress.org - wdrożenie: ACTIVENET - projektowanie stron internetowych - Warszawa, Marki (zapytań: 47, generowano: 0,573s)